odpoczynek w górach

Święto lasu :-P

Najdziwniejsze "otwarcie" na jakim byłam...

Wczoraj miało miejsce dość nietypowe wydarzenie… które urosło wręcz do rangi Święta państwowego 😛

Byłam już na wielu otwarciach… nowych tras rowerowych, klubów fitness itp. Ale nigdy nie sądziłam, że będzie mi dane uczestniczyć w otwarciu LASÓW! 🙂 

A czy Wy jeszcze dwa miesiące temu powiedzielibyście, że to co się aktualnie dzieje jest realne? Że ktoś mówi nam co jest, a co nie jest naszą najpilniejszą potrzebą życiową? Mi w najgorszych snach to wszystko się nie śniło. 

Zamknięcie lasów WTF? Spodziewałabym się limitu tygodniowego na robienie zakupów, ale nie tego, że ktoś będzie próbował wmówić mi, że w TROSCE o moje ZDROWIE zamykają lasy…

To, że część ludzi nigdy nie przestrzega żadnych przepisów czy nakazów, nie oznacza, że cała reszta ludzi używająca głowy ma przez nich cierpieć… bo oni tak jak poprzednie, tak i kolejne zakazy będą mieli w głębokim poważaniu!

Ale wróćmy do naszego otwarcia… 🙂 Po jednej z najgłupszych decyzji jaką było zamknięcie lasów – jedynego bezpiecznego schronu w tych czasach, miejsca w którym można zapomnieć o tym całym syfie – w końcu rządzący poszli po rozum do głowy i ŁASKAWIE pozwolili nam legalnie chodzić do lasu.

Dzień święty święcić 😉

Ja oczywiście nie wyobrażałam sobie inaczej TEGO dnia, niż od rana wsiąść na ROWER i ruszyć na wyprawę 🙂 Od miesiąca mój rower grzecznie czekał na LEPSZE CZASY. Podczas tej przerwy dokończyłam w rowerze kolejne serwisy i zadbałam o jego pełną regenerację… zorganizowałam mu świetne rowerowe SPA za sprawą kosmetyków rowerowych od BikeMe by Bapco  🙂 A o ich działaniu, niedługo powiem Wam coś więcej 😉 Mój rower bardzo się z nimi zaprzyjaźnił 😛

Tak więc wracając do PONIEDZIAŁKU – chyba historyczny dzień – bo po raz pierwszy tak duża grupa ludzi z entuzjazmem czekała na PONIEDZIAŁEK 😛 Zaplanowałam sobie trasę, pomijając całkowicie miejsca, w które większość wali jak w dym… Nie do końca wiedziałam, czego mogę spodziewać się po tej miesięcznej przerwie, ale brałam pod uwagę, ze może być TROCHĘ inaczej niż bym chciała :-/ Biorąc więc te wszystkie ewentualności sobie do serca,  wykreśliłam w głowie trasę na 50km z zaliczeniem kilku szczytów 🙂 Wcześniej taka wycieczka nie sprawiłaby mi większego problemu, dlatego stwierdziłam, że najwyżej wykorzystam koło ratunkowe pt. „Telefon do przyjaciela” 😛

Spakowana i ubrana jak na święto wypadało… ruszyłam przed siebie 🙂 Oczywiście w taki dzień, nie mogło zabraknąć skarpetek mocy 😉 (które możecie kupić o tutaj -> klik)

Pierwszy delikatny brak sił zaczął się pojawiać po dłuższym ciężkim podjeździe, na którym oczywiście uparłam się, że wjadę i nie będę wpychać roweru 😛 Podjechałam, ale krótko po tym czułam jak zaczyna brakować mi sił w nogach, a to była nawet nie połowa trasy jaką miałam przed sobą :-/ Postanowiłam zrobić krótką przerwę na uzupełnienie energii i popodziwiać przepiękne widoki 🙂 A pogoda tego dnia naprawdę robiła wszystko, żeby było CUDOWNIE. 

Chwila odpoczynku dała dużego kopa i mogłam jechać dalej. 

Po jakichś 25km byłam na pierwszym ze szczytów  – Lesista Wielka. Szczyt, z którego nie ma totalnie żadnego widoku, za to jest dużaaaa łąka na której aż prosiło się, żeby chwilkę poleżeć 😉

Z Lesistej niebieskim szlakiem  – przepięknym, ale tu trzeba przyznać że objeżdżając cały masyw Dzikowca i Lesistej, widoki zapierające dech zapewnione 🙂 – kierowałam się w stronę Stachonia i Wysokiej. To były kolejne szczyty na mojej liście do zdobycia tego dnia 🙂

Ja już trochę przywykłam do tych cudownych widoków, ale osoby nie mieszkające w górach muszą bardzo uważać, gdyż istnieje możliwość uzależnienia i BRAKU chęci powrotu do domu 😛

Następnie niebieskim szlakiem dostałam się do podnóży Sokółki – tym razem postanowiłam ją już minąć bokiem i od przeciwległej strony wdrapać się niebieskim na szczyt Dzikowca 🙂 To miała być taka wisienka na torcie. 

Oczywiście nie mogłam sobie odpuścić tej przyjemności i z Dzikowca na dół poleciałam trasą FR 🙂 Pamiętając o obecnej sytuacji naszej służby zdrowia – na pół gwizdka z przerwami na kilka fot, ale radość i tak była ogromna 🙂 To był w końcu ten moment, kiedy w ruch poszły ochraniacze kolan od O’neal wiezione przez całą resztę wycieczki w plecaku 😛 

Na trasie suuucho, melafir i pozostała część podłoża leciała razem z kołami, ale poza tym trasy czekają z utęsknieniem na rajderów…

To była taka wisienka na torcie tego dnia. 

Spod stóp Dzikowca już standardowo starym nasypem kolejowym pod Chełmcem kierowałam się w stronę domu. Na rozdrożu mocno prześladowała mnie myśl, żeby zaliczyć jeszcze szczyt Chełmca i polecieć w dół FAJNYMI traskami 🙂 Ale w ostatniej chwili resztki rozumu wygrały i pojechałam dalej w kierunku domu. Później wiedziałam, że to była dobra decyzja 🙂

Na koniec ostatnie podjazdy zrobiłam już tylko siłą WOLI 😛 Wyglądałam na nich jakbym podjeżdżała w trybie slow motion 😛

Po dotarciu do domu zmęczona, ale mega szczęśliwa marzyłam już tylko o tym, żeby za wiele nie robić 😛

Po czym cały w skowronkach Tymuś oznajmił, że dziś OTWORZYLI góry i on chce iść na wycieczkę… Nie mogłam mu odmówić, on też nie wyobrażał sobie tego dnia inaczej niż w górach… Ledwo żywa zapewniona przez pięciolatka, że on będzie mnie trzymał za rękę i na pewno dam radę poszłam, na jak to określił Tymcio najlepszą wycieczkę na świecie  Przeciągał mnie na nogach jeszcze ponad 7km. W pewnym momencie zastanawiałam się czy nie przenocować w tym lesie 😛 

Mimo dużego zmęczenia i uświadomienia sobie jak szybko traci się kondycję nad którą tak długo się pracuje szczęśliwa wróciłam do domu. BRAKOWAŁO mi tego baaaaardzo! 

Udostępnij

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *