Kama

Powrót na rower = powrót do żywych :-)

Uwaga – żyję 🙂 Po dwóch i pół miesiąca siedzenia na tyłku, siedzenia? Hmm LEŻENIA, to będzie trafniejsze określenie, w końcu Kama wraca on the BIKE! No może nie jest to taki powrót jakbym sobie tego życzyła, ale po tak długiej przerwie, każda aktywność bardzo mnie cieszy. Wcześniej jedyne co mi zostawało, to to gdy Tomek ZAWIÓZŁ mnie na siłownię i tam juz sobie od maszyny do maszyny HYC HYC na jednej nóżce 😛 Tak przez ten czas wzmocniłam sobie trochę te części ciała, które do ćwiczenia nie wymagały stóp 🙂 Hmmm wzmocniłam? Może to też nie było zbyt trafne – to były części ciała, którym nie pozwoliłam odpocząć i rozleniwić się tak jak wszystkim pozostałym 😛

Pierwsze dwa tygodnie to był KOSZMAR! Pomijam ból fizyczny, ale ten PSYCHICZNY –ciężko było udźwignąć. Tak wiem wiem, że to nie koniec świata, ale dla kogoś, kto normalnie nie potrafi chwili usiedzieć na tyłku i jest w ciągłym ruchu – nagle nie ROBIĆ NIC – jest naprawdę ciężkie do zniesienia. Pierwsze dwa tygodnie WYPRAWA do toalety była moją jedyną atrakcją. Poważnie! Teraz może łatwiej będzie Wam wyobrazić sobie mój stan psychiczny, skoro rozpatruje to w aspektach atrakcji 😛 Później pojawiły się jakieś spacery, hmmm nawet dość SKOCZNE bym powiedziała 😛 Tak więc, na tyle na ile ręce na kulach były w stanie mnie unieść na tyle długie były spacery 😛 Powiem Wam, że to były momenty,w  których stwierdzałam, że chyba za dużo ważę 😛 Tak – kobiety raczej niechętnie się do tego przyznają, ale moje RĘCE wręcz to do mnie KRZYCZAŁY 😛 W momencie gdy przez kilka kilometrów nie możesz podeprzeć się drugą nogą i na chwilę odciążyć tej sprawnej, to waga miałam wrażenie, że się strasznie zwiększa… 😛

Ale było minęło i teraz pozostaje mi mieć nadzieję, że złe myśli i kontuzje będą trzymały się z dala ode mnie 🙂 I’m BACK 🙂

Pierwsze wyjście na rower – był stres i strach o to, żeby sobie czasem nie zaszkodzić, bo to byłby strzał w  kolano. Święta spędzaliśmy na nizinach, w moim rodzinnym domu i to był ogromny plus, bo to co kocham na co dzień, czyli jazda w górach nie była by dobra na taki powrót 😉 Do dyspozycji miałam PIĘKNY miejski rower z koszyczkiem na kierownicy 😛 IDEALNY na pierwsze kręcenia! 🙂 Za pierwszym razem zrobiłam 11 km po PŁASKIM (wyszło tam całe 7 metrów przewyższenia :-P), także jeżeli ktoś mi nie wierzył, że naprawdę oszczędzam nogę i robię wszystko, żeby jej sobie znowu nie popsuć – teraz może mi uwierzyć 😉 Zrobiłam te magiczne 11 km i byłam nieźle zmachana – SZOK. I tu pokazała się STRASZNA niesprawiedliwość: nad wypracowaniem mięśni pracujemy bardzo długo, ale później tą naszą pracę tracimy bardzo szybko. Po całym tym czasie lenistwa mam dwie zupełnie różne łydki, tak jakby nie do PARY 😛 Patrzę na tą liczbę kilometrów z niedowierzaniem, ale dla mojej nogi to było naprawdę dużo, w pewnym momencie po prostu chciałam już być w domu. Ale początki nigdy nie są łatwe, PRAWDA? Kolejne wyjścia były lepsze, noga bardziej bolała przy zwykłym chodzeniu niż na rowerze, a RADOŚĆ  z tego, że jadę była OGROMNA 🙂

Mój zabytek z czasów podstawówki daje radę 😉

Długo wyczekiwanym wydarzeniem był Sylwestrowy wjazd na górę Ślęża 2018-2019. Dlaczego? Przecież w planach była jazda elektrykiem, przez ogrom ludzi (nie wiedzieć czemu) tak znienawidzonym czasami wręcz uważanym za NIErower. Dla mnie po kontuzji była to jedyna możliwość, żeby na tą górę wjechać. Uważałam, że OSTATNI dzień roku może być również tym PIERWSZYM 🙂 Ale dlaczego tak bardzo czekałam na ten dzień? Ano dlatego, że w końcu była to GÓRA 🙂 Fakt wjeżdżaliśmy i zjeżdżaliśmy szutrówką, ale nadal była to góra 🙂

Ja zgodnie z planem miałam elektryka, tak znalazła się grupka osób, którym to BARDZO przeszkadzało 😛 A ja pytam dlaczego? Czemu komuś przeszkadza, że ja się mniej męczę od niego? 😛 Nie rozjeżdżałam wszystkich dookoła, nie popisywałam się ile to ja mam siły w nogach, czy tam baterii 😛 Więc dlaczego? Nigdy tego nie zrozumiem 🙂 Elektryk dał mi szanse wziąć udział w tym mega fajnym wydarzeniu. Ale mimo tego, że wystartowałam na elektryku i połowę góry zrobiłam własnie na nim, to resztę pokonałam na rowerze bez wspomagania…jak to się stało? Tomka dopadło ‘COŚ’ wtedy twierdził, że się odwodnił, ale jak się później okazało dodatkowo miał prawie 40 stopni gorączki! Ale tego jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, także jako, że nie miał siły, po długich namowach zamieniliśmy się rowerami i Tomek wjechał na górę na elektryku, a ja nie jego rowerze. NOGA dała radę! 🙂 Na dole było piękne słońce i wręcz wiosna, a na górze była już bardziej zimowa aura 🙂 OGNISKO naprawdę się przydało, żeby troszkę zagrzać tyłek no i się posilić 😛

Na górze padł pomysł, żeby pojechać gdzieś jeszcze 🙂 Mi dwa razy nie trzeba było powtarzać – Radunia. Po zjechaniu na parking w Tąpadłach byliśmy TROSZKĘ ubłoceni, haha ale tylko TROSZKĘ 🙂 Tam okazało się, że Tomek nie czuje się najlepiej i nie jedzie z nami dalej (naprawdę musiał się źle czuć jak nie chciał iść na rower) 🙁 Razem z Sudety na Bajku i jeszcze jednym kolegą ruszyliśmy na Radunie. Tam pogoda była zupełnie inna niż na Ślęży – wiosna 🙂 Słoneczko świeciło, było pięknie i bardzo przyjemnie. Aaaaaaa i do tego błotniście 😛 Mimo, że wycieczka pokazała mi, że jeszcze dużo pracy czeka mnie z nogą i że do dobrej formy jej bardzo daleko było SUPER 🙂 Przede wszystkim było NA ROWERZE 🙂

Udostępnij

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *