Kama na pudle Rowerowy Bieg Piastów

Pierwsze zawody pierwsze pudło :-) Rowerowy Bieg Piastów

No to pierwsze koty za płoty, tak tak pierwsze zawody już za mną 🙂 Nie były to co prawda zawody ENDURO, ale i tak było mega fajnie i nie ukrywam, że stres też był spory 😉

O tym, jakim cudem znalazłam się na Rowerowym Biegu Piastów pisałam już jakiś czas temu. Dla tych co maja pamięć taką jak ja czyli DOBRĄ, ale krótką 😛 przypomnę, że pakiet startowy otrzymałam dzięki tegorocznemu sponsorowi Rowerowego Biegu Piastów – SKI TEAM 🙂 To oni dali mi szansę wzięcia udziału w tym wspaniałym wyścigu. Dzięki konkursowi, w którym można było wygrać pakiety startowe, mogłam przekonać się jak fajnie jest uczestniczyć w takiej imprezie. 

Mimo, bardzo sceptycznego nastawienia, a skąd ono się wzięło? Ano stąd, że nigdy do tej pory nie pokonywałam dystansów pod kątem ich jak najszybszego przejechania. Moją miłością są zdecydowanie fajne zjazdy z gór. Natomiast wjeżdżając na górę, zdobywając szczyty robiłam to zwykle w tempie, które pozwalało mi wjechać, a nie się zajechać 😛 ALE ALE jako, że pakiet wygrałam postanowiłam się sprawdzić 🙂 Jak to wtedy powiedziałam, może to jednak moje PRZEZNACZENIE 🙂

Tak, więc wraz z wygranym konkursem postanowiłam, że wezmę udział w Rowerowym Biegu Piastów i dam z siebie wszystko. Ci co mnie znają wiedzą, że jeżeli już coś robię to albo DOBRZE albo WCALE 😉 Jako, że w przeciwieństwie do zawodów enduro, tu trasa była już znana i ślad trasy dostępny był do pobrania postanowiłam  zobaczyć jak  ONA wygląda, żebym wiedziała gdzie czego się spodziewać i jak rozkładać siły w czasie zawodów. Przejęłam się nie? 😛 Wtedy też zawiodłam się bardzo, ponieważ okazało się, że na dystansie MINI (który miałam pokonać) nie ma żadnego, powtarzam żadnego fajnego, technicznego, trudnego zjazdu… tym samym straciłam nadzieję, że będę mogła nadrobić gdziekolwiek moje wolniejsze podjazdy. Natomiast pod kątem widoków trasa była po prostu PRZEPIĘKNA 😉

Ale Kama się nie poddaje – mimo wszystko chciałam wziąć udział w zawodach i nadal dać z siebie wszystko, sprawdzić samą siebie na  ile mnie stać.

W końcu nadszedł dzień, w którym miał odbyć się wyścig. Sobota, a my wstajemy z łóżek o 5 rano, czekaj czekaj o której??? Tak o 5 rano w sobotę wstaliśmy, żeby najpóźniej o 6.30 ruszyć w drogę. Najpierw po odbiór pakietu startowego, a później już prosto na Polanę Jakuszycką gdzie zaczynał i kończył się wyścig. Hmm wszystko miało być dobrze, dzień wcześniej spakowałam wszystko co się dało, przyszykowaliśmy ciepłe ubrania dla siebie i dzieci, bo w Jakuszycach powietrze było dość mroźne. Rano pozostało nam tylko wyszykować siebie i dzieci, spakować rower na bagażnik i w DROGĘ 😉 Hmmm TYLKO? No tak to tylko jak zwykle wyszło AŻ…

No i tu już zaczęły się schody… Tomek wyciąga ROWER a tam…Kapeć. Co do cholery??? A i tu chwila zastanowienia jak to się stało. Hmmm jako, że mój rower głównie służy do zjeżdżania i na zjazdach mam się czuć bezpiecznie i mieć dobrą przyczepność oponki mam szerokie , z fajnym bieżnikiem, ale co za tym idzie pod górę wjeżdża się ciężko… Dlatego postanowiłam choć trochę ułatwić sobie to zadanie i na czas zawodów zmienić opony na bardziej przyjazne podjazdom 🙂 A co za tym szło, na czas zawodów moje wspaniałe tubelesy zamieniłam na dętki. No i masz BABO placek. Powietrza BRAK! Hmmm mała konsternacja, bo już mieliśmy wyjeżdżać, a tu jesteśmy daleko w polu. W polu? Powiedziałabym dużo gorzej, ale nie wypada 😛

Na szczęście Tomek ogarnął wymianę dętki (jego ręka po złamaniu nie doszła jeszcze do siebie), wrzuciliśmy też w razie czego jego koło jako zapas do auta, żeby było na podmiankę, jak się okaże, ze znowu coś poszło nie tak. Rower zapakowany i jedziemy. Oczywiście z 6.30 zrobiła się 7.00 ale jesteśmy dobrej myśli, JEDZIEMY. 

Tuż przed Jelenią Górą, z ust Tomka pada pytanie „WZIĘŁAŚ KASK?”. Co do cholery? Kask? Jak to, to nie możliwe… Weszłam do garażu po kask i w tym momencie usłyszałam, że mamy kapcia w rowerze… CHOLERA! Poszłam z niedowierzaniem zobaczyć ten brak powietrza i po kask już nie wróciłam. Stres z tym, że nie będziemy mieli już dętki na zmianę, to czy na pewno ta dętka też nie zawiedzie i uciekający czas sprawił, że nie wróciłam po ten cholerny KASK do garażu 🙁 O NIEEEEEEEEE! Bez kasku nie mamy tam po co jechać… Przecież nie zabrać ze sobą kasku, to prawie jak nie zabrać ze sobą ROWERU. Ogarnęła mnie panika, stres i wszystko naraz. Kurde jak to nie wzięłam kasku, przecież nie można zapomnieć kasku! No to po zawodach 🙁 Zaczęłam szukać wypożyczalni rowerów w Szklarskiej, ale pamiętajmy, że to SOBOTA, wszystko czynne od 10.00 Od której??? O tej godzinie zaczynają się starty… No nic, z nadzieją, że jakimś cudem uda się pożyczyć od kogoś kask, nie wiem kurcze chyba naprawdę liczyłam na cud, że ktoś pożyczy mi kask… jechaliśmy do hotelu, w którym odbierało się pakiety startowe. Przed samym wejściem do hotelu widzę duży napis WYPOŻYCZALNIA ROWERÓW TYLKO DLA KLIENTÓW HOTELU! Czekaj czekaj co oni tam napisali? Wypożyczalnia? To chyba ten CUD. Lecę na recepcję pytam Panią, czy  byłaby szansa pożyczyć kask, że już dziś naprawdę od rana jakiś tabun pecha mnie prześladuje (nawet wiem, kto go zsyła 😛 ), ale słyszę, że nie wolno wypożyczać im kasków, że one są tylko jako dodatek do rowerów no i TYLKO dla gości hotelu… Załamałam się, jak to możliwe, że przez głupi kask nie wezmę udziału w zawodach! 🙁 Poszłam mimo wszystko odebrać pakiet startowy, a wracając Pani z recepcji CZEKAŁA na mnie już z KASKIEM 🙂 To jest po prostu niemożliwe, ale jednak Rowerowy Bieg Piastów był moim PRZEZNACZENIEM! 😉 Mimo, tak źle zaczętego dnia, wszystko się w rezultacie UDAŁO.

Ale, jeżeli mam być szczera, to bałam się co jeszcze może się wydarzyć… Na szczęście limit na ten dzień został już wyczerpany 🙂

Teraz pozostawało ruszyć jakoś z całym tabunem innych ludzi i się nie zabić 🙂 Hehe myślicie że to takie łatwe? Oj moja wyobraźnia znowu miała tu pole do popisu 😛

W końcu nadszedł CZAS STARTU mojego dystansu. Nie wiem jakim cudem, ale ustawiłam się w pierwszej linii, także stres związany ze śmiercią na starcie mnie opuścił 😛 Wiedziałam, że teraz jedyne co muszę to mocno wcisnąć w korbę i pruć do przodu ile fabryka dała 😉 Ostatnie minuty do startu, sprawdzam, przerzutki ustawione, będzie z czego cisnąć, żeby dobrze wystartować, szybkie spojrzenie na ROWER, dotykam opony, UFFF jest powietrze, wszystko gra 😉 Wszystko poza tym, że już prawie zamarzłam w tych krótkich spodenkach 🙂 Jest, krzyknęli START, jedziemy! 😉 Przed sobą słyszę jeszcze TRÓJKĘ najlepszych kibiców na świecie, wiatr w żagle i lecę przed siebie 🙂

Trasa , tuż po starcie skręcała w lewo w las, gdzie był delikatny zjazd , trawa korzenie no i w pewnym miejscu duża ilość BŁOTA. Troszkę ludzi tam zostało na chwilkę, gdyż skusili się na kąpiel błotną  😉 Później wylot na asfalt i jakieś dobre 4 km pedałowania pod wiatr, przeraźliwie zimny wiatr. Autostrada w pewnym momencie przeszła w szutrówkę, zaczęły się troszkę większe podjazdy na nierównej nawierzchni, ale dzielnie wkładałam w pedały tyle siły ile tylko byłam w stanie wykrzesać z nóg 🙂 Mijając BUFET z jednej strony odetchnęłam z ulgą, bo wiedziałam, że połowę trasy mam już za sobą, z drugiej strony wiedziałam, że czeka mnie jeszcze najgorszy, długi podjazd, na którym nie mogę poddać się swojej głowie, która będzie chciała podpowiedzieć mi, żeby zejść chociaż na chwilkę z roweru. NIE!!! Nie schodzimy z roweru, to są  ZAWODY, tu nie ma miejsca na SŁABOŚCI 😛 Z taką gonitwą w głowie dotarłam na szczyt góry,  a  wtedy wiedziałam, ze będzie już praktycznie z górki 😉 Momentalnie odzyskałam siły i korby ledwo nadążały kręcić się pod moimi nogami hihi 🙂 Ile sił w nogach, ani na chwilkę nie przestając pedałować leciałam do METY 😉 Wiedziałam, że na całej trasie wyprzedziły mnie tylko trzy dziewczyny, więc motywacja była naprawdę duża. Hmmm, a tak swoją drogą jedną dziewczynę gdzieś przegapiłam, bo na metę dojechałam piąta 😛

Gdy dotarłam na metę, przez moment nie byłam w stanie złapać oddechu, Pani zawiesiła mi medal na szyi a ja próbowałam zacząć oddychać 🙂 Ale nawet nie wiecie jaką czułam RADOŚĆ, po pierwsze, że to już koniec, a po drugie i najważniejsze, że mi się UDAŁO, dotarłam do mety, pokonałam sama siebie 🙂

Po chwili dostaję SMSa od Rowerowego Biegu Piastów; okazało się, że w grupie OPEN dojechałam na 61 miejscu, natomiast wśród KOBIET na 5 miejscu!!! NIEMOŻLIWE 😉

JUHHHUUUUU pierwsze zawody i udało się wskoczyć na PUDŁO 😉

Wszystko to czego się bałam, czyli, że zgubię się na trasie, że zabiję podczas startu w kraksie z innymi zawodnikami, że dojadę na szarym końcu, że nie będę umiała  wyprzedzać okazało się bezpodstawne 🙂 Zawody były zorganizowane z MISTRZOWSKĄ precyzją, wszystko pięknie oznaczone, nigdzie nie było szansy na pomyłkę. A sami zawodnicy? Wszyscy, mimo, że rywalizowali i walczyli ze sobą o pozycję grali fair play i jak tylko słyszeli, że ktoś chce ich wyprzedzać robili miejsce. Wszystko to złożyło się na naprawdę ŚWIETNĄ ATMOSFERĘ całego wydarzenia. Mimo, że w tym roku znalazłam się tam przypadkiem (tzn, dzięki PRZEZNACZENIU ;-P ) to już wiem, że w przyszłym roku zapisuję się na to wydarzenie z całą pewnością i przekonaniem, bo było to naprawdę mega przeżycie i doświadczenie.

A przy okazji całej tej cudownej otoczki móc stanąć na PODIUM , mając świadomość, że był to PIERWSZY START w zawodach naprawę jest mocno budujące 😉

Do zobaczenia za rok w ROWEROWYM BIEGU PIASTÓW 🙂

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *