Trasa C

Mój powrót do Srebrnej Góry

Chcielibyście wiedzieć jak wyglądał mój powrót na Trasy Enduro w Srebrnej Górze po pierwszym dołującym razie? 🙂

Szczerze? Jechałam tam pełna obaw. Wiecie jak to jest, jak jakieś miejsce Was raz pokona, a później przychodzi się z nim po raz kolejny zmierzyć? Myślę, że każdy miał taką sytuację… Nie ma chyba nic gorszego, bo jedziemy od razu z założeniem, że przecież tam jest tak TRUDNO, niebezpiecznie i co tylko nam jeszcze przyjdzie do głowy 🙂 Nawet jeżeli jest ono dużo łatwiejsze od rzeczy, które zjeżdżacie gdzieś indziej, to to miejsce i tak ma nad nami PRZEWAGĘ. Niestety. Ale tak to już jest, sport który wybraliśmy polega na przełamywaniu coraz to nowszych barier, które pojawiają się na naszych trasach. 

Tak więc wracając do Srebrnej Góry, miejsca, które po pierwszym razie wywoływało u mnie cały wachlarz EMOCJI (niestety w przeważającej ilości tych negatywnych), postanowiliśmy, że jedziemy zmierzyć się z tym przeciwnikiem 🙂 W końcu mamy już NOWE rowery. Tak wiem, da się jeździć na wszystkim, ale uważam, że w moim przypadku sprzęt nadrabia tam, gdzie umiejętności nie dają rady 😛

Teraz już wiem, że istnieją tam tarpany, które mogą zawieźć nas na górę 🙂 Pierwszy wjazd robimy jednak podjazdówką. SUPER sprawa – nawet tu widzę swoje postępy, idzie mi fajnie, nie walczę z każdym zakrętem czy podjazdem. Jest SUPER! Ale mimo wszystko podjazdówka zabiera bardzo dużo energii, która jest nam później potrzebna na zjazdach 😛 

Na początek ruszamy Red linem – tak nie chcę, żebym przy pierwszym zjeździe zawinęła rower i poszła do samochodu zła, że nadal nic nie potrafię 😛 Red line poszedł fajnie. Rozpatrując to w moich kategoriach – fajnie oznacza sytuację,w  której pokonuję trasę nie schodząc nigdzie  z roweru 😛

Jazda tą trasą sprawiła mi sporo frajdy. Jednak cały czas myślałam o tym, że czeka mnie trasa, która tak bardzo mnie POKONAŁA. Dotarliśmy da dół, pakujemy rowery na tarpana i siadamy na pakę 🙂 Jedziemy na górę, jak fajnie jechać DO GÓRY i się nie męczyć 😛 Myślicie, że naprawdę się nie męczyłam? Dotarłam na górę strasznie zmęczona… PSYCHICZNIE. Dobra raz kozie śmierć, jedźmy już na tą CHOLERNĄ trasę. Stajemy przed startem, ubieram się od stóp do głów i powiedzmy, że jestem gotowa, żeby zmierzyć się ze swoim WROGIEM 😛

Ruszam, nawet nie idzie najgorzej 😛 Mówiłam już, że odpowiedni sprzęt dodaje ok 20% do umiejętności? 😛 Korzenie i dropy, których nie trzeba wyskakiwać – przejeżdżam jupii!!! Szło naprawdę fajnie 🙂 Myślę sobie ten ROWER naprawdę jest świetny 😛 Nawet przez chwilę nie przeszła mi przez głowę myśl, że może to JA jestem świetna, nie bo przecież to mój ROWER jedzie 😛 Niestety trochę gorzej było, gdy dotarłam do band, które są strome, piaszczyste i jeszcze z wyżłobioną bruzdą przez środek! A moja wizja taka, że rower robi ze mną co chce i lecę przez bandę na sam dół 😛 Ale moje WIZJE dotyczące rowerów w ogóle są genialne. Niczym amerykańskie filmy katastroficzne 😛 Kiedyś Wam o nich opowiem 🙂 Tak, to było miejsce, które pokonywało mnie jeszcze przez kilka kolejnych przejazdów. Ale wiecie co? To było jedyne miejsce na tej trasie w którym musiałam schodzić z roweru! SUKCES 🙂 Pamiętacie? Za pierwszym razem więcej z rowerem szłam niż jechałam 😛

Kolejne przejazdy dawały mi już sporo przyjemności, nie mówię, że było łatwo i że jeździłam jak zawodowiec. Ale sukcesem było dla mnie to, że to ja pokonywałam trasę, a nie ona mnie! 

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *