Obryw Skalny

Kotlina Kłodzka w zimowej odsłonie

W tym roku śnieg zimą wyjątkowo mocno dopisuje 🙂 Wiele osób zimą chowa wypucowany rower, który grzecznie musi czekać do wiosny. Mój rower jest zbyt niecierpliwy na takie akcje, dlatego jeżdżę przez cały rok 😉 

Gdzie można wybrać się na zimową wyprawę?

Bikeparki zimą są zamknięte i otwierają się na narciarzy, a nam pozostaje wyszukiwanie tras w górach, które w śniegu da się przejechać. Oczywiście zimą zawsze trzeba się liczyć, że będzie trzeba pospacerować miejscami z rowerem i wepchnąć nie na niektóre szczyty, ale za to zjazd z nich… z mega bananem na twarzy 😉

Góry zimą wyglądają wyjątkowo bajkowo, czasami mam wrażenie, że przeniosłam się do zaczarowanej krainy 🙂

Tym razem wybraliśmy się w Kotlinę Kłodzką, gdzie przez kilka szczytów podążaliśmy w śniegu zdobywając szczyt za szczytem 🙂

Pociąg do gór 😉

Nasza wycieczka zaczyna się od stacji kolejowej i przejazdu pociągiem z Barda Śląskiego do Kłodzka. Co ciekawe bilet dla naszych rowerów jest droższy niż ten dla nas 😛 

W Kłodzku kierujemy się na żółty szlak, który zdecydowanie nie należał do tych uczęszczanych… a to nie pomagało w jeździe. Jako, że rower w góry zabieramy raczej po to żeby na nim jeździć, a nie z nim spacerować z pełnym zawzięciem jedziemy i podjeżdżamy ile się da mając z tego niezłą frajdę i satysfakcję, ale przede wszystkim mega trening 😉

ŻÓŁTYM SZKLAKIEM DO KŁODZIEJ GÓRY...

Ostatnimi dniami śnieg sypał często i mocno, co zapewniło naprawdę duże pokłady w górach, na drogach, wszędzie 😉 Spory mróz, duża ilość śniegu, a przez jakieś dwie godzinki również piękne słoneczko sprawiało, że mieliśmy wrażenie jakbyśmy byli w bajce. 

Pierwszym szczytem tego dnia była Szyndzielnia z małą wieżyczką na górze. Do wieży można było się dostać, natomiast nie było możliwości dostania się na górę. Krótka przerwa i lecimy dalej trzymając się żółtego szlaku pieszego wiodącego przez przepiękne tereny, wzniesienia do Kukułki 🙂

Od Kukułki było już bardziej cywilizowanie i na trasie były wąskie utwardzone ślady. Tam jechało się naprawdę przyjemnie. Kilka podjazdów, kilka wypychów i jeden dający w kość prowadzący na szczyt Jedlak. Nachylenie, a na nim duża ilość śniegu sprawy nie ułatwiały… Droga na szczyt troszkę się ciągnęła i pochłonęła sporo energii. Ale zjazd z niego dostarczył sporo endorfin 🙂

W stronę Kłodzkiej Góry...

Po fajnym zjeździe i utracie po raz kolejny wysokości znowu zaczęliśmy wspinać się ku górze, Tym razem trasa prowadziła już na szczyt Kłodzkiej Góry. Duża część trasy to wypych z rowerem, później już walka o utrzymanie się na rowerze. Po dotarciu do niebieskiego szlaku pojawili się piesi turyści, a wraz z nimi bardziej ubite podłoże, które pozwalało łatwiej dostać się na szczyt. 

Na szczycie spora ilość osób, które zapewne zostały przyciągnięte przez wieżę znajdującą się na Kłodzkiej Górze.  Wieża jest naprawdę duuuuża, a na samej jej górze panowała niezła wichura, a metalowa konstrukcja bujała się na wietrze. Szczerze – nie lubię tego uczucia, gdy jestem wysoko ponad górami, a konstrukcja na której stoję się porusza… 😛 Szybkie rzucenie okiem, dosłownie ze dwa zdjęcia i lecimy na dół, bo powoli zaczynaliśmy zmieniać się w sopel lodu 😛

A teraz W dół 🙂

Na Kłodzkiej Górze porzucamy żółty szlak i lecimy dalej niebieskim w stronę Przełęczy Łaszczowej. Fajny zjazd, udało się nawet nie spotkać zbyt wielu turystów na swojej drodze, dzięki czemu mieliśmy sporo fanu na zjazdach. Tu zaczął się naprawdę fajny odcinek. Trochę w górę, a za chwilę znowu lecimy w dół. Przyczepność była dobra, ale nie zmienia to faktu, że trzeba było mieć oczy dookoła głowy, aby za chwilę nie obudzić się  w zaspie śnieżnej 😛

Trzymając się już niebieskiego szlaku przez Gajnik dotarliśmy do Ostrej Góry. Zjazd z Ostrej Góry był… ostry 😛 Po najostrzejszym odcinku w końcu można było szaleć na zjeździe i mieć bardziej pod kontrolą rower i jego poczynania 😛 Od Przełęczy Łaszczowej dalej traciliśmy na wysokości, aby na koniec wdrapać się na Kalwarię. Na sam szczy oczywiście przyszło nam iść z rowerem u boku, gdyż od tej strony nikt się tam nie zapuszczał… Ale za to zjazd który czekał nas z Kalwarii – chyba najfajniejszy tego dnia. Wąska, kręta udeptana ścieżka prowadząca w dół fajnie sama ustawiała rower i trzymała go w ryzach 🙂 

W pewnym momencie odbiliśmy z niebieskiego na zielony szlak aby dotrzeć do przepięknego punktu widokowego – Obryw Skalny. Widok tam zapiera dech i usytuowany jest na urwisku 🙂

A może by tak Single gLACENSIS? 🙂

Od punktu widokowego ruszyliśmy w dół pętlą Łaszczowa. Mijaliśmy ją wcześniej na swojej trasie kilka razy – natomiast poza znaczkami nie było po niej śladu pod śniegiem 😛 Chwila zastanowienia czy nie zgubimy ścieżki na pierwszym zakręcie… i lecimy. Ten odcinek to w zasadzie banda na bandzie wiodąca w  dół. Przy tej ilości śniegu mimo, że trasa leciała w dół trzeba było się nieźle napedałować 😛 Musze powiedzieć, że jeszcze nigdy single Glacensis nie dały mi tyle radości co tego dnia 🙂 

Dzień zdecydowanie należał to tych dobrze wykorzystanych, a ilość endorfin zdobyta na wypadzie idealnie wprawiła nas w bardzo dobre humory. Mimo złośliwości sprzętów tego dnia, niedziałających zamków, sztycy i zamarznietych hamulców na zjeździe wypad był baaardzo udany 😛

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *