Kama Czarna Góra

Kama kontra trasy DH Czarna Góra

Szukając pomysłu na niedzielny rower przeglądałam strony różnych miejscówek rowerowych. Wpadłam też między innymi na stronkę Singli Trutnova… Wszystko pięknie, czytałam opis tras, żeby zobaczyć czy chcę tam jechać i nagle aż mnie zatkało! Lecę po kolei z opisem tras i docieram do trasy ‘Modrzew’, trasa określona jako średnio trudna „Bardziej surowa, ale najtrudniejsze miejsca mają zazwyczaj wersje PRZYSTOSOWANE RÓWNIEŻ DLA PAŃ!!! Że co??? Co to do cholery jest wersja przystosowana dla pań? Są tam ustawione toalety, galerie handlowe czy co? Chyba mi się trochę ciśnienie podniosło 😛 Jakoś tak wyszło, ze Trutnov odwiedzimy innym razem. Chętnie sprawdzę, co autor miał na myśli.

Tym razem przyszła kolej na Czarną Górę. Park rowerowy to park rowerowy, ale sprawdzić nie zaszkodzi 😛 Oczywiście myślę o sprawdzeniu czy ja się w ogóle na takie trasy nadaję 😛 Czyli szperam w necie. I co znajduję? „Miejsce to okrzyknięte zostało najbardziej wymagającą górą w Polsce”. Ha i tu zapala mi się czerwona lampka, dobra Kama daruj sobie, jedźcie gdzieś indziej. Mhmm tu już zaczyna działać moja głowa, która wmawia mi, że tam sobie NIE poradzę. Tak nastawiam się źle mimo, że nie widziałam jeszcze tras na oczy 😛 Tak czy inaczej ostateczny wybór padł na Czarną Górę – jedziemy!

Moje nastawienie nawet nie było najgorsze, zwłaszcza jak zajechaliśmy na miejsce i zobaczyłam, że góra sama w sobie przerażająca nie jest 🙂 Więc pełna optymizmu wjechałam WYCIĄGIEM na górę, ale tam już mój optymizm nieco zmalał. Nie nie, na górze było przepięknie, nic mnie nie przerażało. Widoki CUDOWNE. Ale przecież musi być jakieś ‘ALE’ nie? 😛 Gdy zsiadłam już z wyciągu zaczęłam się rozglądać i szukać oznaczeń tras, chciałam wiedzieć w która stronę się kierować. Kurde w ogóle chciałam wiedzieć co mam ze sobą zrobić 😛 Nie wiem być może mam problemy ze wzrokiem, ale ja takich oznaczeń nie znalazłam 🙁 W między czasie na górę dotarli chłopaki… hmmm więc szukamy razem. Prawdopodobnie mamy te same problemy ze wzrokiem, bo nikt z nas nie znalazł oznaczeń prowadzących na trasy rowerowe. Jedyne co było, to duża mapka na której ktoś narysował trasy w różnych kolorach. Tylko, że równie dobrze tą mapkę mogło zrobić dla mnie moje dziecko i powiedzieć „Masz mamusiu teraz się nie zgubisz”.  Tak więc w CIEMNO ruszyliśmy na poszukiwanie trasy.

Ustaliliśmy, że na początek zaczynamy od najłatwiejszej…Wystartowaliśmy. Już sam start nie bardzo wyglądał mi jak z najłatwiejszej trasy, ponieważ zaczynał się z mostka… no ale dobrze, jedziemy. Myślę sobie, ŁATWO nie jest, ale jedziemy przed siebie. Aha i STOP. No nie tego to ja nie dam rady 🙁 Więc zaczęło się schodzenie z roweru i moja ulubiona czynność czyli SPROWADZANIE! Cholera, to na pewno nie jest trasa, która mieliśmy jechać! Niestety ale część trasy pokonałam z rowerem u boku. Nie muszę chyba dodawać, że było to cholernie trudne zadanie? Ale w końcu pojawił się moment, w którym mogłam ponownie wsiąść na rower i co ja tam widzę? Nie wierzę, jest strzałka z kierunkiem jazdy, a pod spodem dość mocno wyblaknięty napis. Zbliżam się, żeby go przeczytać i co widzę??? PUCHAROWA! Że co??? K… na jakiej trasie my jesteśmy? Znaleźliśmy się na trasie, która na stronie opisana jest jako najbardziej wymagająca i najtrudniejsza w Polsce! No to sobie wybraliśmy trasę na ROZGRZEWKĘ! Ba no lepiej trafić nie mogliśmy. Ale przecież można pocieszyć się tym, że TRUDNIEJ już być nie może! 😛

Udało się dotrzeć na sam dół, jedziemy pod wyciąg z nastawieniem, że teraz już na pewno znajdziemy opisy tras i oznaczenia, gdzie do której się kierować. Oczywiście nic bardziej mylnego. Tym razem ruszyliśmy trasą pod wyciągiem, ha ta okazało się w trakcie ma tez całkiem niezłą nzawę ‘MISTRZOWSKA”. Kurde znowu to samo, zsiadam z roweru i PRÓBUJĘ zejść z tym rowerem przez pierwszy odcinek trasy. Kurde jak ja tego nienawidzę! Na szczęście NIE musiałam tak iść do samego dołu, chociaż nie ukrywam, że miałam już takie obawy. Teraz już MOCNO nastawiona, że musimy w końcu znaleźć tą łatwiejszą trasę wierzę, ze chłopaki wiedzą co mówią. Hmmm może tym razem było już mniej sprowadzania, ale to też nie była trasa dla nas 😛 Tak więc ponoć do trzech razy sztuka – ale tu ta zasada nie zadziałała 🙁 Za czwartym razem w końcu znaleźliśmy IDEALNE połączenie. Z góry zaczęliśmy kamienistą drogą w dół, a z niej wjechaliśmy w  połowie trasy pucharowej. W końcu! To była trasa, którą mogliśmy przejechać, a nie walczyć o życie prowadząc rower 🙂 Tam było już całkiem fajnie. Kolejne nasze wjazdy finalizowaliśmy właśnie tym połączeniem 🙂 Tak więc udało się w końcu pojeździć, ale niesmak co do organizacji, oznaczeń pozostał. Jedno wiemy na pewno, typowe trasy DH to jeszcze nie nasza BAJKA. Ten dzień pokazał mi, że enduro to jest to, co lubię najbardziej 🙂

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *