Jak to się stało

Jak to się stało, że znaleźliśmy się na trasach ENDURO?

Ha i to jest właśnie clue całego naszego rozwoju rowerowego 🙂

Dość oczywiste… od mojego zamiłowania do gry w SQUASHA 😛 A czekajcie, to nie jest takie oczywiste 😛 Tak, to właśnie na squashu poznałam osobę WINNĄ całego zamieszania, która zaraziła mnie swoją pasją, a przy okazji miała ochotę poświęcić swój czas, żeby nas czegoś nauczyć 🙂 Pod okiem gościa, który z rowerem się chyba urodził, zaczęliśmy jeździć i uzależniać się coraz bardziej 😛

Jak sobie przypomnę mój PIERWSZY wyjazd do Srebrnej Góry (Trasy Enduro Srebrna Góra by Kellys)  – wtedy wydawało mi się (z góry przepraszam za
określenie), że tak jeżdżą tylko szaleńcy, no i co najwyżej CHŁOPAKI w necie,
albo TV 😛 Powtórzę: CHŁOPAKI 🙂 Naprawdę tak myślałam. Przecież, to wszystko było NIEMOŻLIWE!

Naprawdę ja też mogę jeździć w taki sposób na rowerze???

Pojechaliśmy większą grupką, my kompletnie nieświadomi, co nas tam czeka i jak takie trasy mogą wyglądać… Dobra jesteśmy na miejscu, bierzemy rowery i ruszamy na… PODJAZDÓWKĘ. Wtedy nawet nie wiedziałam, że mogę wjechać na górę jakoś inaczej 🙂 ALE CZAD! Fajna techniczna trasa, wiodąca na samą górę. Każdy zakręt był mega wyzwaniem, ale udało się – wjechaliśmy na górę. Po 40 minutach byliśmy na starcie trasy. Chłopaki zlitowali się i zabrali nas na trasę najłatwiejszą. Jednak zależało im na naszym życiu! 🙂

Zaczęliśmy od Red line 🙂 Nawet nie wiecie jak się wtedy upociłam ze strachu…te zakręty, PIONY (tak dla mnie wtedy każda najmniejsza górka była przerażającym pionem) 😛 Pamiętam jak jedną bande zrobiłam tylko dlatego, że nie potrafiłam zejść tam z roweru 😛 CUDEM cało dotarłam na koniec trasy – przeszczęśliwa, że ŻYJĘ, ale przede wszystkim, że się UDAŁO 🙂 Było ekstra, chociaż uważałam, że cholernie trudno 😛

Chwila oddechu i znowu ruszamy na podjazdówkę, tym razem już dumna, ponieważ szło mi dużo lepiej. Tym razem wiedziałam już, że ten podjazd się  nareszcie skończy, ba poznawałam nawet, w którym miejscu jesteśmy i ile jeszcze zostało do rozpoczęcia trasy 🙂 Dotarliśmy, ale tym razem chłopaki wybrali trasę A – coby nie było nudno J

Oj, chwilę później wiedziałam już, że to był DUŻY błąd. Powiedziałam duży? NIE, ten błąd był przeogromny!!! 😛 Tu każdy odcinek był walką o życie… Jeżeli na red line  były jakieś piony to tu były dla mnie PRZEPAŚCIE 😛 Chyba więcej trasy pokonałam z rowerem u boku niż na rowerze. Te wszystkie uskoki, dropy, tarki, kamienie, korzenie – do tej pory pamiętam jaka wtedy byłam zła – zła oczywiście na siebie – że NIC nie potrafię 🙁 Wiecie, co było w tym wszystkim najgorsze? Przez 40 minut jechałam pod górę ostatkiem sił, 40 MINUT! I jeszcze okazało się, że to wszystko tylko po to, żeby ten rower sprowadzić…Naprawdę? Cały ten wysiłek tylko po to? Czekaj czekaj… To jeszcze nie wszystko… Sprowadzał ktoś z Was rower z trasy, która Was przerosła? 😛 To jest dopiero wyzwanie. Cholera, jak tam zejść i to jeszcze z rowerem? Czułam się tam jak kosmita. Że co ja tam robię.

Zjeżdżałam/schodziłam tą trasę ze łzami w oczach i myślami jaka ja jestem
beznadziejna. W końcu dotarłam do końca trasy – tam już nawet na rowerze – wszyscy zadowoleni, poza jedną osobą. A z czego ja niby mam się cieszyć? Już wiem, przecież nadal żyję 😛 Było tak strasznie, że nie mam nawet żadnych zdjęć z tej trasy…

Wracałam do domu okropnie zdołowana, czułam niedosyt, a świadomość, że NIC nie potrafię cały czas tkwiła w mojej głowie 🙁

Tydzień jakoś szybko zleciał, w tygodniu pokręciliśmy się w koło komina po naszych górkach i było już super 😛 Na niedzielę zaplanowaliśmy Dolni Morawę – tak, miejsce do którego ‘NORMALNI’ ludzie jadą z rodzinami, żeby zdobyć wierzę widokową „Spacer w obłokach” 😛 Bałam się strasznie, ale chłopaki zapewniali, że tam będzie lajtowo 😛 A ja głupia w to naprawdę wierzyłam 😛

Wjechaliśmy wyciągiem na górę, dojechaliśmy do bramy gdzie zaczynała się trasa 🙂 Chłopaki pojechali przodem a ja zobaczyłam przepaść, a za nią zakręt… O matko! Nie, wtedy nie było aż tak kulturalnie 😛 Tomek ruszył za nimi, myślałam jednak, że wróci po mnie i zjedziemy razem… WYCIĄGIEM – tak dobrze widzicie, naprawdę byłam w takim stanie, że chciałam wracać wyciągiem. Stałam tam ze łzami w oczach, nogi i ręce drżały mi z przerażenia – tętno oscylowało w granicach 170, tak przypomnę, że nadal stałam w miejscu 😛

Wtedy dotarło już do mnie, K..A oni pojechali i zostawili mnie tu samą!!! SAMĄ, naprawdę??? Znowu zaczęłam gadać sama do siebie. Kama, nie masz wyjścia. Zeszłam z roweru cofnęłam się trochę, żeby spokojnie wsiąść na rower, rozpędziłam się i trudno, jadę! Postanowiłam wtedy, że nie ma opcji, choćby nie wiem co – nie zejdę z roweru! Aaaa taki mały szczegół – jeździłam wtedy na fullu w plusie – to dodawało jakieś 20% do umiejętności 😛

Oczywiście zgodnie z tym, co mówili chłopaki – było lajtowo… aha to był jakiś MASAKRYCZNY hardcore!!!

Te zakręty, bandy, zjazdy, ogromne kamienie i korzenie – to był jakiś dramat. Ale widok ogromnej opony z przodu dodawał mi odwagi. Zgodnie ze swoim założeniem jechałam dalej. Nigdzie niestety nie widziałam chłopaków – zostawili mnie, zginę tu sama i nikt mnie nie znajdzie 😛 Po pierwszej części trasy –  SĄ!!! Jednak się o mnie martwili. Dojechałam. 🙂 Póki trzymałam kierownicę, a nogi były na pedałach drżenie nie było widoczne. Ale po zejściu z roweru nie byłam w stanie opanować ani rąk, ani nóg  Więcej kalorii spaliłam przez trzęsawkę niż jazdę rowerem 😛

Ale wiecie co? Na pytanie czy jedziemy dalej, odpowiedziałam OCZYWIŚCIE. Tak, to naprawdę były moje słowa 😛 Wsiedliśmy i dokończyliśmy trasę. Było EKSTRA!!! Na dole byłam pierwsza w kolejce do wyciągu, żeby wjechać po raz kolejny. Każdy kolejny zjazd sprawiał mi coraz większą przyjemność, z każdym kolejnym zjazdem przeszkody pokonywałam coraz szybciej i pewniej. To było TO! Wtedy poczułam, że jednak DAJĘ RADĘ! 🙂

W drodze powrotnej był już tylko jeden temat – NOWE rowery.

Udostępnij

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *