Kama

Trek Enduro MTB Series, 22-23 czerwca 2019 Rabka-Zdrój

Jak zacząć PRZYGODĘ z zawodami? No najlepiej z grubej rury! 😛

Foto by Maiove

W zeszły weekend 22-23 czerwca w Rabce Zdroju zainaugurowaliśmy nowy sezon zawodów ENDURO – Enduro MTB Series. W tym roku w zmienionej formule. Nowością był nie tylko dwudniowy format zawodów, ale również lekko zniesiona została dotąd stała formuła ON SIGHT. Czyli co? Oznacza to nic innego, jak to że zawodnicy podczas zawodów ścigają się na nieznanej wcześniej trasie, poznają ją dopiero w trakcie jechania zawodów. Nasze zmagania trwały DWA dni, w trakcie których pokonaliśmy 8 odcinków specjalnych po 4 na każdy dzień. A co nowego wnosiły odcinki? Ano to, że 3 z nich były wcześniej podane do wiadomości i każdy chętny mógł spróbować na nich swoich sił jeszcze przed ZAWODAMI 🙂 Na trzy tygodnie przed zawodami grupa ESKIMOO zorganizowała nawet wspólne endurowanie po tych trasach, z dumą pokazując nam jakie ATRAKCJE dla nas przygotowali 😛 A atrakcji było sporo, ale tą najlepszą z najlepszych było BŁOTNE SPA 😛 Chyba każdy bez wyjątku choć RAZ skusił się na BŁOTNĄ kąpiel 😉

Trek Enduro MTB Series 2019 swoje biuro zawodów miało w samym centrum Rabki Zdroju, a  mianowicie w Amfiteatrze, gdzie rozpoczęto i zakończono część oficjalną całej imprezy. 

Po sobotniej odprawie technicznej wszyscy ruszyli na masyw Lubonia (1022m.n.p.m.) skąd startował pierwszy odcinek specjalny. Wtedy jeszcze pełni zapału  i sił wszyscy JECHALI do góry. Hmmm ach ta niewiedza. Lokalesi wiedzieli z czym wiąże się zdobycie Lubonia, cała reszta przyjezdnych w błogiej nieświadomości dążyła do celu 😛 I tak po półtorej godziny pedałowania pod górę dotarliśmy na start pierwszego OS, który odbywał się w formule ON SIGHT. Nie ukrywam, że to było coś co stresowało mnie najbardziej 🙁 Moje pierwsze zawody, wszystko było nowe. Do tej pory nie miałam okazji tak od środka zobaczyć jak wygląda taka impreza. Stres, strach i co jakiś czas powracające pytanie: „Co ja tu do cholery robię?” Tu nie ma czasu na zastanawianie się, jakby to, którędy by to, a może tak, a może tu… Nie, na zawodach wszystko dzieje się TU i TERAZ! Jedziesz, trasa po prostu Cię niesie, a Tobie z za górek i zakrętów wyłaniają się nowe przeszkody, które musisz pokonać, albo one POKONAJĄ Ciebie! Zawody to dobra lekcja szybkiego podejmowania decyzji, tu najmniejszy błąd może sporo kosztować. 

Pierwszy OS był dla mnie najtrudniejszy, ale nie dlatego, że trasa faktycznie była najtrudniejsza ze wszystkich. Ale to było moje pierwsze zderzenie się z ODLICZANIEM (dalej słyszę to 10 sekund… 5,4,3,2,1 jedziesz!), z pikającym czipem, który własnie minął bramkę startową… Kurde, dosłownie jak pikająca BOMBA! Lecisz, bo wiesz, że ktoś gdzieś tam stoi nad Tobą ze stoperem, to nie ta sama świadomość co Strava, która gdzieś tam liczy nasze zmagania, to dosłownie taka cykająca bomba w głowie! Dobra wystartowałam, LECĘ, swój oddech słyszę tak dokładnie, jakby ktoś podłączył mi mikrofon z głośnikiem, dosłownie jak na FILMIE! W moim przypadku największa walka była o to, żeby się  nie zabić! 🙂 Hmmm w pewnym momencie docieram do jednego z tych miejsc, na których postanawiam opuścić swój pojazd 😛 Ha tylko jak to zrobić? Zejście z miejsc, które w jakiś sposób nas przerosły jest chyba trudniejsze niż próba zjechania ich 🙂 Ten OS w pewnym momencie zaczął trwać wieczność, straciłam już nadzieję, że kiedykolwiek się skończy. Ale ufff w końcu dotarłam do mety. Juhhuuu ŻYJĘ!

Szybki łyk wody, głęboki oddech i lecimy na kolejny OS. Tym razem kierunek KRZYWOŃ (627 m.n.p.m.) i tu wiemy, że czeka nas któraś ze znanych nam wcześniej tras. Może słowo znanych, to w tym przypadku nadużycie, bo trasy udało mi się przejechać wcześniej raz, a wspaniały OLDSCHOOL miałam tą okazję, aby przejechać raz jeszcze 😛 Docieramy na szczyt, teraz już w dużej mierze WYPYCHEM. Warunki były dość ciężkie, upał, duchota i zbliżająca się ulewa…Na gorze okazuje się, że jedziemy ŻMIJĘ. Ufff bałam się, że puszczą nas na błotne SPA na Oldschoolu 😛 I znowu 5,4,3,2,1, jedziesz… LECĘ 😛 Trasa zaczyna się od odcinka w lesie, kręta, wąska, korzenista. W pewnym momencie wylatuje na łąkę, gdzie czeka nas dość szybki odcinek przez  trzy dropy. Szykany na trasie pilnują, aby za szybko na te hopki nie najechać i nie wylecieć zbyt mocno do góry 🙂 Z łąki znowu wpadamy do lasu i tu zaczyna się prawdziwa Żmija, kręta wąska i przebiegła 😛 Trasa szybka i chyba najkrótsza ze wszystkich. Jedyna z tych, na której czułam się bezpiecznie haha

I słyszę już to pikanie. Jupii jestem już na mecie drugiego OS. Nadal żyję! I w dodatku dowiaduję się, że mamy teraz króciutką przerwę na odbudowanie swoich sił. Na dole czekał na nas bufet w towarzystwie regionalnych pieśni i przepysznych ciast mniam mniam… Ale ale, szybkie uzupełnienie kalorii, podmiana bidonów i lecimy, bo tym razem czeka nas szczyt LUBONIA! Jakieś 1.40 h wypychu na górę… Wizja przerażająca, bo to, że musimy się tam dostać to jedno, ale my musimy mieć jeszcze sił, żeby pokonać trzeci OS! Ten moment kiedy widzisz tabliczkę podrzuconą na trasie przez żartownisiów z Eskimoo „Już blisko, 10 minut!” tylko zapomnieli dodać, że przez te 10 minut wpychać rower będziemy na kolanach po obsypujących się z pod nóg kamieniach… 😛 Zadzierasz głowę do góry, jeden zakręt, drugi zakręt i w końcu niknąca nadzieja, że ten szczyt kiedykolwiek się pojawi. Ale jest! 

Szczyt jest,ale niestety jest tez deszcz padający coraz mocniej. Ostudził trochę emocje, po chwili byłam już tak mokra, że było mi wszystko jedno i po prostu ustawiłam się w  kolejkę do startu ze słowami ja już chcę to mieć za sobą 😉 Hmm gogle na oczy, a tu zonk… nic nie widać! Cholera, wiedziałam, że o czymś zapomniałam! Wycieraczki! Nie zamontowałam na goglach funkcji wycieraczek :-p Bez wyjścia ruszyłam na trzeci OS bez gogli na oczach. Pierwsze kilka metrów już błoto w oczach. Nie potrafię jeździć bez okularów czy gogli, sam powiew powietrza mi przeszkadza,  a w takich warunkach to dla mnie już hardkor. A żeby tego było mało jeszcze gałęziami po oczach…momentalnie wywołało to zamknięcie oczu, no i musiała napatoczyć się w tym czasie niezła hmmm góra błota… co skończyło się gigantycznym oblepieniem koła i szybkim czyszczeniem, by rower chciał ruszyć dalej. Trasa była dość szybka i niestety w tym deszczu błotnista. Do momentu ostatniej ścianki z luźnych kamieni nawet ją sobie chwaliłam 😛 Ale ale w końcu usłyszałam pikanie, co mogło oznaczać tylko jedno – jestem na mecie! 

Teraz jeszcze tylko Oldschool i koniec na dzisiaj! 😉 Tak więc czym prędzej popędziliśmy znowu na Krzywoń, wypych na górę i jesteśmy na starcie. Tu to dopiero była zabawa! Deszcz już co prawda nie padał, ale wcześniejsza ulewa zrobiła swoje na i tak już mega błotnistej trasie… 😛 Jeżeli znalazła się choć jedna osoba, która nie zaliczyła gleby na tej trasie to nie uwierzę dopóki nie zobaczę 😛 Jazda na tyłku na sławnej już ŚCIANCE to była norma – ja postanowiłam uciec przez krzaki 😛 To było prawdziwe błotniste SPA, które dostaliśmy wraz z pakietem startowym 😛

Jakby nie było – 4 OS ukończony, nadal żyję! 🙂 Ulga, radość i … cholera jutro znowu 😛 Ale dziś pozostało nam doprowadzić rowery do porządku, bo naprawdę nie miały łatwo, tony błota i ściółki leśnej były dosłownie wszędzie! No siebie też trzeba było doprowadzić do porządku – a łatwo nie było 😛 Wieczorna imprezka w amfiteatrze i w sumie wyszła nocna pizza 😛 

CYK i niedziela…grzecznie stawiliśmy się na odprawę w Amfiteatrze, skąd ruszyliśmy na pierwszy OS tego dnia zlokalizowany na GRZEBIENIU (677 m.n.p.m.)  😉 Tu czekała nas dość mila niespodzianka, bo wypych na Grzebień był dość krótki 😉 hurra! Troszkę nastraszeni, że trasa zaczyna się od ścianki znowu zaczęło mi być wszystko jedno i przed oczami miałam już tylko myśl o ukończeniu zawodów i nie zabiciu się 😛 Kolejny dzień i znowu słyszę 10 sekund…5,4,3,2,1 jedziesz! No i to pikanie przypominające, że czas ruszył 😉 Miłe zaskoczenie, ścianka okazała się dużo łagodniejsza niż nam ją przedstawiano, jupii lecimy dalej 🙂 Z Grzebienia przenieśliśmy się na Krzywoń i jedną z wcześniej znanych tras czyli Jack. Hmmmm trasa kończąca się MOJĄ ścianką, którą do tej pory jechałam dwa razy i dwa razy na niej leciałam przez kiere… 🙁 Ale jak to mówią lepszy znany wróg niż obcy 😛 Tu poszło szybko, wdrapaliśmy się na szczyt Krzywonia, szybki łyk wody, ubieramy ochraniacze, dopinamy szczeki i lecimy 🙂

Niestety siły były już na wykończeniu, co ja mówię, sił w sumie brakowało już od poprzedniego dnia 😛 Pikanie kończymy 3 OS i teraz najgorsze… cholera wydawało mi się wręcz nie do zrobienia! Po raz 3 lecimy na Luboń… 1.40 h wypychu… w pewnym momencie już jak koń, klapki na oczy, wyłączenie myślenia i idziemy na górę. Na szczycie nie wiedziałam już czy siedzę, jadę czy dalej idę…Poważnie zmęczenie było już masakryczne. Wszyscy powtarzali tylko, że najważniejsze, żeby udało się utrzymać koncentrację na zjeździe! Kurcze gdyby nie to ogromne zmęczenie… a wcale nie,  w sumie to i tak był w moim odczuciu najlepszy OS ze wszystkich z całych zawodów! Podobało mi się tam i to BARDZO! 

Teraz mogliśmy już odetchnąć, ponieważ wiedzieliśmy, ze ostatni odcinek specjalny zlokalizowany jest w centrum miasta. Tak dobrze widzicie, ostatni odcinek był odcinkiem miejskim! Zaczynał się od schodów, szykany wiodły przez park, gdzie sprytnie ulokowano dropy wykorzystane poprzedniego dnia na łące podczas drugiego OSu. Niby te same, a jednak trochę inne 😛 Tym razem nie były wkopane, więc były delikatniej wyższe i wybijały bardziej w górę, a ostatni dość mocno mnie zaskoczył… hmmm spowodował u mnie szybsze bicie serca, ale udało się wybronić przy lądowaniu 😛 Wylądowałam zatrzymałam się i w tym momencie usłyszałam pikanie haha okazało się, że wylądowałam idealnie w bramce na mecie 😉

Ta radość, kiedy tuż za metą zdjęto mi czip z roweru – bezcenna 😛 Nigdy nie sądziłam, że będę się tak cieszyła, że coś się skończyło ;-P Naprawdę ogarnęła mnie mega radość, że udało się osiągnąć CEL  – ukończyć zawody! A łatwo nie było.  W moim odczuciu jak na rozpoczęcie przygody z zawodami ENDURO było grubo! Trasy ciężkie, TECHNICZNE, korzeniste, błotniste, kamieniste – w sumie można było znaleźć tam cały przekrój, ale to co cechowało je najbardziej to ich dzikość i surowość. Takich tras nie da się przyrównać do biekparkowych trailsow, gdzie wszystko jest idealnie wygładzone, wymierzone i przyszykowane pod rower. Tu musimy się liczyć z tym, że przeszkoda nie będzie chciała się nam PODDAĆ 😛 

Doping kibiców i organizatorów – BEZCENNY! Gdy leciałam przez las i z dala słyszałam hałas i krzyki, miałam już pewność, że zbliżam się do jakiegoś „FAJNEGO” odcinka 😛 Oznaczenie tras – mistrzostwo – ani razu nie miałam wątpliwości gdzie dalej prowadzi trasa. W newralgicznych miejscach stały osoby pokazujące gdzie skręca trasa i podpowiadające – po prostu ideał! Hmmm ale dojazdy przez miasto… tu niezastąpiona okazała się nawigacja w telefonie. Niestety część oznaczeń dziwnym trafem zniknęła z ulic, albo strzałki przypadkowo się okręciły… 😉 No ale cóż, nie na wszystko można mieć wpływ 😉 Organizacja zawodów to prawdziwy cud miód. Takie rozpoczęcie przygody z zawodami to ja rozumiem. Jak to przetrwałam, to już mnie chyba nic nie zaskoczy 😛 

Grupowe
Ara

Foto by Maiove

Udostępnij

2 komentarze

  • Kamila super opisane, jak to czytałem to jakbym jeszcze raz tam był. To były mega wymagające zawody i faktycznie miałaś debiut na „głębokiej wodzie”.
    p.s Ja przejechałem całego Oldschool-a bez gleby 😉
    Nooo. To jak już się wkręciłaś w zawody to teraz do Przesieki(13 lipca) i Srebrnej Góry(31 sierpnia)- każde zawody w innej formule i innym klimacie i terenie.

    • Dzięki Jarek 😁 No i dziekuje za wsparcie w trakcie zawodow, kazda nawet najmniejsza wskazowka byla dla mnie na wage zlota 🙂 co do oldschoola musisz udowodnic hahah. A w Przesiece oczywiscie widzimy sie za tydzien 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *