Widokowo

Izery

Człowiek zaplanuje sobie niedziele na rower, powymyśla trasy, a tu…DESZCZ. Kurde jaki deszcz? Nie pada od tygodni, w prognozie pogody też nie wspominali o deszczu. O co chodzi? Twardo wraz z Sudety na bajku zaplanowaliśmy to jedziemy! W końcu Izery były w naszych planach rowerowych już od dłuższego czasu 😉 Dzień zapowiadał się słabo, bo większość drogi samochodem jechaliśmy w lekkim deszczu. Ale my się tak łatwo nie poddajemy 😉 Pogoda w rezultacie wyrobiła się i była idealna na wycieczki rowerowe po górach. 

Start naszej wycieczki ulokowaliśmy na parkingu pod Zajęcznikiem. Tu w pewnym momencie chłopaki wywołali u mnie MIESZANE uczucia, gdy ja przypinałam szczękę do plecaka, a oni oznajmili, że szczęki dzisiaj nie będą nam potrzebne. Jak to? Co to oznacza nie będzie potrzebna? Wręcz moje zaskoczenie przechodziło w oburzenie 😛 Pamiętam, że kiedyś czytałam czyjś opis o zjeździe ze Stogu Izerskiego i zapamiętałam tylko tyle, że jest GENIALNY! To jakim cudem na genialnym zjeździe mam nie potrzebować szczęki? Chwila konsternacji… i wybraniająca odpowiedz Michała, no zobaczymy co tam znajdziemy 😛 Zabrałam więc cały sprzęt ze sobą 😉 I bardzo szybko wiedziałam już, że nie będę tego żałowała!

Ruszyliśmy czerwonym singlem przechodzącym pod gondolą, przycinającym stok narciarski w kierunku czerwonego szlaku prowadzącego na Stóg Izerski – nasz pierwszy cel tego dnia. Singiel był idealny, żeby rozruszać się i poczuć FLOW przed…asfaltowym podjazdem 😛 Kurde czy my jesteśmy już w Czechach? Taka była moja pierwsza myśl, ponieważ jeżdżąc po czeskiej stronie gór, często mam wrażenie, że mają oni jakieś dofinansowanie, albo co najmniej nadwyżki asfaltu, dlatego asfaltjuą wszystko co się da 😉 To czego się nie da również 😛 Droga asfaltowa doprowadziła nas do zielonego szlaku wiodącego na szczyt Stogu Izerskiego – tak do samej góry był ASFALT! Ale ale pocieszająca była bardzo wizja zjazdu, gdyż kilka razy przecinaliśmy idący z góry czerwony szlak, który zapowiadał się…hmmm OBIECUJĄCO i to bardzo 😉 Momentami nawet wyglądał, że nie do końca przejezdny 😛 Trasa usłana kamieniami każdego rozmiaru i każdej maści.

Ale póki co lecimy asfaltem na górę 😉 W pewnym momencie Sudety na bajku stwierdził, że coś chyba nie tak z przerzutkami…szybki rzut oka i okazało się, że mamy małą awarię…linka wyskoczyła z pancerza. No co jak co, ale w górach przerzutki jednak czasami się przydają 😛 Szybka akcja ratunkowa, przegląd plecaka i Michał wyciągną kawał sznura i trytytki 😛 Hmmm, ale czym przeciąć ten sznurek? Tu idealne okazały się…kamienie 😉 Chwila moment i Sudety na bajku mógł śmigać już na swoim bajku z działającymi przerzutkami 😉

Po asfaltowym zdobyciu Stogu Izerskiego ruszyliśmy zielonym szlakiem w kierunku kolejnego szczytu, a dokładniej Smrek (1124m.n.p.m.).  Zjeżdżając ze Stogu Izerskiego w kierunku Smreka już ubolewaliśmy nad powrotnym wnoszeniem rowerów na plecach – dalej nie wierze, ale całość udało nam się PODJECHAĆ, mimo ogromu kamieni w każdym rozmiarze. Była to jednak niezła szkoła wybierania toru jazdy, dopedałowywania i balansu. Podobnie rzecz się miała w dalszej części podjazdu na Smrek, trudny, techniczny podjazd po kamieniach i korzeniach dał nam naprawdę wiele zabawy i satysfakcji. O asfaltowym podjeździe już żadne z nas nie pamiętało, a na górę dotarliśmy z takimi uśmiechami na twarzy jakbyśmy co najmniej zaliczyli właśnie fajny zjazd 😛 HA, a może to dlatego, że już gdzieś z tyłu głowy kłębiła się myśl, że wracamy tą samą drogą! 😛 

Po powrocie ze Smreka na Stóg Izerski ruszyliśmy czerwonym szlakiem w dół. To był zjazd! Mega piękny i wymagający. Cały czas na pełnym skupieniu, każda część musiała balansować osobno, żeby zmieścić się po między tymi kamieniami, dropami i całą resztą przeszkód. Był czad! Końcówkę zjechaliśmy trasą, która nigdzie nie była oznaczona, za to okazała się naprawdę fajnym zjazdem 😛 Korzenie, kamienie, uskoki, kilka ścianek w sumie było tam wszystko!

Po dotarciu na parking postanowiliśmy zrobić czarną pętlę ze świeradowskich singli tak na rozgrzewkę 😉 gdyż w planach mieliśmy jeszcze jeden szczyt – Sępia Góra (829m.n.p.m.) Tu trasa była dla nas pełna improwizacją. Sudety na bajku mniej więcej orientował się gdzie musimy się kierować, żeby znaleźć się w pobliżu góry. Zjechaliśmy więc singlami,a dokładniej pętlą Zajęcznik, skąd ruszyliśmy w poszukiwaniu szlaku prowadzącego na szczyt. Początkowo czarnym szlakiem pieliśmy się do góry, następnie wybraliśmy dłużą trasę, ale dającą się podjechać. Zielonym szlakiem jechaliśmy w poszukiwaniu szczytu, na który ostatecznie dotarliśmy szlakiem żółtym. Widok na górze przepiękny. Ale jeszcze lepszy okazał się zjazd. Niebieskim szlakiem ruszyliśmy w dół. Zaczynał się stromym, wąskim zjazdem po kamieniach. Całość była kamienista, z całą masą luźnych kamieni, korzenista, miała w sobie wszystko, żeby wywołać mega uśmiechy na naszych twarzach. To był kolejny MEGA zjazd tego dnia! 

No to na koniec zostało nam już najgorsze – musieliśmy podciągnąć się z centrum Świeradowa na parking pod Zajęcznikiem. Udało się ufff, takie podjazdy na koniec dnia powinny być zakazane!

Pobieranie
Udostępnij

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *