Tyłek

Bike Park Góra Żar

Nadszedł czas, by odwiedzić bikepark, o którym dużo już słyszałam i bardzo ciekawiło mnie, co mogę tam spotkać 🙂 Mimo wstępnych, pięknych prognoz pogody, jak to zwykle bywa  na kilka dni przed wyjazdem pogoda zaczęła płatać figle. Ostatecznie, zamiast pięknego słoneczka w sobotę… sypał śnieg, a temperatura spadła poniżej zera. Czy mnie to zniechęciło? Oj zdecydowanie NIE. Z początkowo dość licznej grupy chętnych przetrwali najtwardsi, którym takie warunki nie są straszne 😛 W naszym przypadku logistyka, żeby wyjechać w Beskidy na weekend była bardziej złożona 🙂 Najpierw w piątek wieczorem trzeba było odstawić dzieci do dziadków, w drugim końcu Polski, żeby w sobotę o świcie wyruszyć  do celu – czyli na Żar 🙂 Wyjeżdżaliśmy w optymistycznym słoneczku, ale po drodze dopadła nas już niezła śnieżyca. To nie zmniejszyło naszego zapału i dzielnie brnęliśmy do celu 🙂

Na miejscu było z lekka zimno, temperatura była delikatnie poniżej zera, ale ja na pewno nie jetem osobą, którą te warunki miałyby zniechęcić do jazdy  🙂 Jako, że Monika i Marek mieli jeszcze kawałeczek drogi, my postanowiliśmy wjechać już kolejką na szczyt i przetrzeć szlaki 🙂 Jadąc na górę zastanawiałam się czy to nie narty miałam ze sobą zabrać zamiast roweru, ale to była tylko dosłownie chwila zwątpienia. Później zaczęła się już naprawdę świetna ZABAWA 🙂 Jak tylko wysiedliśmy z wagonu poznaliśmy Macieja, z którym jak się okazało mam trochę wspólnych znajomych 😉 W ten sposób mieliśmy już przewodnika na trasy 🙂

Maciek postanowił sprawdzić, jak to jest latać z połamaną kierownicą – na szczęście wyszedł z tego cało 😉

Na pierwszy rzut poszła trasa Easy line. Po nazwie można było spodziewać się jakiejś łatwej, RODZINNEJ traski, ale czy ona na pewno taka była? Hmmm, dla wprawionych rowerzystów była naprawdę przyjemna, można było się fajnie pobawić, ale dzieci to ja bym tam na pewno nie wpuściła 😛 Kamienista  traska, z dużą ilością band, dość mocno nachylonych, sporo rolek – generalnie gwarancja świetnej zabawy, ale mimo wszystko nie dla początkujących bajkerów 😛 

Już początek trasy spowodował, ze warunki termalne nieco się pogorszyły. Pierwsze przejazdy przez kałuże spowodowały potop w bucie, a błotko uderzające w tyłek, spowodowało hmmm niezłą katastrofę hahaha. Podsumowując po pierwszym zjeździe byliśmy cali w błocie, a  w bucie płynęła rzeka. Myślicie, że to przeszkodziło nam w dalszej jeździe? Jeżeli tak własnie pomyśleliście, to znaczy, że jeszcze mało mnie znacie 😛 Zimno  było jeszcze tylko przy kolejnym zjeździe, który pojechaliśmy dokładnie ta samą trasą, jako że dołączyli wtedy do nas już Monika z Markiem i na „ROZGRZEWKĘ” pojechaliśmy znowu Easy line 🙂  Po tym przejeździe wszyscy mieliśmy już POTOPY w butach i niezłe błocko na tyłkach 😛

Po tej wspaniałej rozgrzewce postanowiliśmy zobaczyc jak wygląda A-line 🙂 Czyli tzw. Airline 🙂 Początkowo sceptycznie nastawiona do trasy, której przede wszystkim chodzi o to, alby polatać mile się zaskoczyłam – okazało się, że ta trasa przypadła nam na tyle do gustu, że do końca dnia katowaliśmy tylko ją 🙂 Pierwszy przejazd był wiadomo zachowawczy, żadne z nas nie znało trasy, nie wiedziało co kryje się za hopkami, za zakrętami i całą resztą niespodzianek. Trasa świetna, szybka, mega bandy, fajnie wyprofilowane. Duże stoliki, na których naprawę można było POLECIEĆ 🙂 Dropy i gapy, te ostatnie nas póki co jeszcze pokonywały 🙂 Drugi przejazd Alinem poświęciliśmy na powtarzanie elementów, dokładnie poznanie trasy, stolików i pozostałych hopek. Robiliśmy je na raty, wracaliśmy i znowu skakaliśmy – to był idealny sposób, żeby poznać każdą z przeszkód, zobaczyć jaki jest najazd, lądowanie i w jaki sposób najlepiej ZAATAKOWAĆ  przeszkodę 🙂

Każdy kolejny przejazd był coraz lepszą ZABAWĄ. To był ewidentnie dzień LOTÓW 🙂 Moje okrzyki radości było słychać z daleka, jeszcze w życiu tak wysoko i daleko nie skakałam jak tego dnia 🙂 Trasa ta dała mi taki ODLOT jakbym była na niezłym haju 😛

Nie muszę chyba nawet wspominać, że każde  z nas już dawno zdążyło zapomnieć, że ma mokre buty, tyłek i że cali jesteśmy w błocie? 😛 Co więcej ja z tej radości i ciągłego szczerzenia się ze szczęścia miałam niezła ilość piasku w buzi 😛 

Jeździliśmy od samego rana do ostatniego kursu – to chyba mówi samo za siebie, że zabawa była naprawdę przednia.

A warun? Szczerze? Dzięki temu, że pogoda wystraszyła pozostałych bikerów, mieliśmy całość praktycznie tylko do swojej dyspozycji. Zero kolejek, zero spiny tylko jazda góra dół, góra dół 😛 Trasy kleiły idealnie. To była mega LEKCJA LATANIA, przełamywania lęków. Większość hopek jest tam nadsypanych z wybitką do góry, co początkowo powodowało niepewność, bo wylatywało się w górę nie wiedząc co jest dalej 🙂 W rezultacie dało to nam niezłą szkołę latania, lądowania i pokonywania własnych lęków.

Mega dzień, mega ekipa, mega trasy! Jedyna trasa, której nie zaliczyliśmy tego dnia to trasa DH – niestety było trochę śniegu, co powodowało, że było tam naprawdę ślisko, odradzono nam pojawianie się na tej trasie tego dnia – nie dyskutując posłuchaliśmy ludzi, którzy wiedza co mówią 🙂

Góra Żar rozpaliła w nas spory ŻAR i na pewno jeszcze nie raz się tam pojawimy 🙂

Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *